Polscy robotnicy przymusowi w Krzyżu w czasie wojny

Fragmenty do słuchania

Helena Bartnicka

Helena Bartnicka

Leon Lala

Fragmenty do czytania

Helena Bartnicka

Raz dostałam przepustkę do domu, bo zawsze co miesiąc wiozłam pieniądze. 25 marek dostałam. No i taki był wachmeister, taką budkę mieli. I były nas dwie, chyba humoru nie miał, przeczytał tą kartę, Grenzhause, i powiedział, że mam zurück fahren. Coś mu się nie podobało, jedną puścił, a mi kazał z powrotem. To do Wizan pojechałam z powrotem, do Wielenia 14 kilometrów, 10 kilometrów do Pęckowa, co ojcu pieniądze zawiozłam, i w nocy wróciłam. Jeszcze taka burza była, w Drawsku się zatrzymałam, o północy do domu dojechałam. Musiałam w tym czasie dojechać do domu na tę przepustkę. Tak było, pioruny biły, a ja jechałam i płakałam.

Helena Bartnicka

Ale Niemcy ci tutaj, ci gospodarze, oni byli przeciw tej wojnie. Przeciw temu Hitlerowi byli, nie mówili o nim dobrze. Oni jak jechali, czy kobieta, czy chłop, wszyscy podnosili „Heil Hitler!”, bo musieli to robić, „Heil Hitler!”. To robili. Ale oni za wojną nie byli. Wiedzieli, że to się źle skończy, wiedzieli. Może młodzi studenci inaczej, ale z takimi ja nie miałam nic do czynienia. Ale ci cywilni ludzie to nie byli za Hitlerem. Oni mówili, że on to źle robi.

Aleksander Mądrawski

Gdy chodziłem do szkoły w Wieleniu, blisko szkoły była hodowla jedwabników. Tam myśmy chętnie szli, liście morwy zbierać, i dał nam zawsze Niemiec 10-20 fenigów. A jak już miałem 14 lat skończone, to w piętnastym roku życia zabrali mnie do Krzyża, przez urząd pracy. Pracowałem w rzeźni, u rzeźnika, i ja zwoziłem bydło do tej rzeźni. Bardzo dobre jedzenie miałem, jedzenie było dobre. Bo to – wojna była przecież, to ciężko było. Ale końcówki kiełbas były odcinane, nie tak jak teraz, ze sznurkiem. I tych odcinków my mieli całe talerze, mogliśmy jeść ile chcieli. I dobre jedzenie było. Mieszkaliśmy też nienajgorzej. U góry mieliśmy pokój, nas było trzech, potem dwóch, bo jednego zabrali później do jakiejś większej roboty, do Niemiec, on już był starszy. A myśmy w dwóch mieli swój pokój, ciepły, napalony zimą, i jedzenia – kolacja przyniesiona, i dzban kawy z mlekiem. Tylko, ze ja musiałem wcześnie wstawać, pod kotłami ogień robić, bo o szóstej czeladnicy przyjeżdżali z Drawska, z Polski. No musieli pracować, i konia nakarmić. No jak oni już przyjechali, to ja jeździłem w teren, bydło zwozić znowu. Tam, gdzie teraz jest liceum ogólnokształcące, tam był szpital wojskowy, to ja dowoziłem tam prowiant z masarni.

Aleksander Mądrawski

Co sobotę jechałem z Krzyża do domu. W torbę dawał mi gospodarz jedzenia, dawał zawsze kawał chleba, wyroby. Tak, że nie miałem źle. Ci starzy  Niemcy byli bardzo dobrzy, starzy ludzie. Przeważnie czy to Niemiec z Krzyża, czy Polak z Drawska, zza granicy, oni kiedyś walczyli razem w niemieckim wojsku. To byli koledzy broni, to oni się szanowali wzajemnie. I wszyscy tu za granicą, w okolicy, po niemiecku umieli.

Aleksander Mądrawski

Zimą, na początku 194 roku, Ruscy najpierw stali przed Wieleniem, i już ostrzeliwali Wieleń Północny. To już było słychać, to był początek stycznia, już ostrzeliwali wtedy Krzyż ostrzeliwali. Bo Noteć była zamarznięta, to przechodzili normalnie przez nią. Czołgi pokazały się i wycofały, ale w Krzyżu ich jeszcze nie było. Wkroczyli tu dopiero jakoś w połowie stycznia. I polska armia razem z nimi szła przez Drawsko, i przez Krzyż częściowo też. No i Rosjanie. Stracili tu dwa czołgi, i Niemcy się wycofali na Zachód. Ci, którzy zdążyli, bo mało który zdążył. Ruski z miejsca ich zabijali. Ostatni pociąg dla Niemców stąd na Zachód szedł bodaj na Boże Narodzenie. Pociągi Niemców wywoziły. A reszta – co kto miał, jak mógł, to uciekał. Czy tu ktoś został? Nie przypominam sobie, nie zostało ich dużo. Ale oni ginęli po drodze, bo nie zdążyli uciekać. Ci, co się nie spieszyli, to po drodze Rosjanie wykończyli i tak wszystkich. Rodzina, u której pracowałem – oni wyjechali bardzo późno. Bo on jako rzeźnik nie mógł uciec, musiał zaopatrywać szpital. Szpital zlikwidowali, i dopiero on uciekł, końmi. I daleko nie zajechał, bo go czołgi zmiażdżyły. Przed granicą polsko-niemiecką zginęli, cała rodzina, w Osiecznie, rozjechały ich ruskie czołgi. Tam było zablokowane, szosy tylko dla wojska, a Ruski przejechali, pomiażdżyli ich wszystkich. Oni czołgami nie skręcali na szosie, jechali. To się dowiedziałem tak od znajomych. Ale są tacy, co zostali. Przyjęli obywatelstwo polskie i zostali. Taki Zagert – on był najlepszym gospodarzem w  powiecie kiedyś. Dekorowali go. Gęsi, bydło, wszystkiego pełno miał. Jak wrócił z tej ucieczki, to już maszyn, nic nie było. Ale jak przyjechał i powiedział, że on chce tu zostać, wszystkie maszyny, jak poznał, że to jego, milicja zabierała Polakom i mu oddawali. Bo to był największy gospodarz kiedyś.

Leon Lala

Ja znowu nie miałem źle, bo ta kobieta nie miała męża męża, był na froncie, i oni mieli tylko dziewczynkę jedną, ta dziewczynka wtedy miała jakieś trzy lata, Anita imię miała. I ta kobieta dla mnie była bardzo dobra. Jedzenie na rano było, zawsze zupa mleczna, chleb, później, jak pędziłem krowy, to jeszcze dostałem na łąkę chleba ze szynką, czy tam z czymś. Później obiad, i znowu podwieczorek o czwartej, zanim drugi raz pędziłem krowy na łąkę, znowu mogłem się najeść, albo chleb mi dali na łąkę. Tak, że ja miałem do jedzenia lepiej jak w domu, w domu my tego nie mieli. Tam miałem dobrze. Jak ja tam zaszedłem, jeszcze łóżko było takie wąskie, to jeszcze nam je poszerzyli, mnie i drugiemu Polakowi, temu Klockowi. Ona nam zrobiła taką pościel nową, szerszą. Te sprawy nie były takie złe. Tylko, że na przykład jak te krowy pasłem, to nawet trzewików nie miałem. Bo skąd? I jak tam w pantoflach szedłem, takich drewniakach, na tej łące, za tymi krowami, a ta trawa była taka wysoka, to było zimno. Jak latem, ciepło to ciepło, ale jak jesienią, czy tam wczesne lato, i jeszcze rano o ósmej, to zimno. Jakbym w skarpetach szedł, to te skarpety w trawie na jeden dzień by były. To ja nawet sobie sam te skarpety podszywałem zawsze pod spód takim materiałem, żeby były wkoło, tak obszyłem sobie. Ale to mi starczyło na tydzień i znowu musiałem obszywać. Ale co to kogo obchodziło? Ubrań to nie dali, jak się u nich robiło, bo skąd. Wszystko było na kartki.

Leon Lala

Jakby po drodze z Brzegów do Drawska mnie złapali tacy młodzi Niemcy, to by mnie pobili. Bo tacy młodzi to na Polaków to oj, takie te Hitlerjungi, to byli gnoje takie, że... Ale ja przez miasto nie jechałem, tylko z Brzegów przez Łokacz, i wyjeżdżałem dopiero nad Notecią, i już tam było spokojnie. Ale tu przez miasto to się bałem jechać. Takie „P” mam tu na zdjęciu, to literka żółta naszyta na ubranie znaczyła, że to Polak. Bo jak tu do miasta szedłem, albo coś, to musiałem wtedy mieć to „P” na ubraniu, „P” jak Polak. Jak nas nieraz ci młodzi dorwali… Pamiętam raz do kina my przyszli, to później po tym filmie nas gonili, bo już wiedzieli, że tam Polacy są.

Leon Lala

Tu w Krzyżu był obóz, ale nieduży. Tam, jak się idzie za tą meblarnią, kiedyś za Niemca tam była mączkarnia. I oni tam wszyscy pracowali w tej mączkarni, ci jeńcy, a mieszkali w takim więzieniu,  w domu przy końcu tego płotu betonowego. Ale to było więzienie dla Ruskich. Bo byli tu jeszcze Amerykanie i Francuzi, zaraz koło mączkarni na drugiej stronie były takie dwa baraki wybudowane, i tam byli Amerykanie i byli Francuzi. Tylko, że ci Amerykanie nie potrzebowali pracować. Amerykanie to byli piloci przeważnie. Pamiętam, w 1944 roku, w  Zielone Świątki, Amerykanie jechali bombardować Piłę, lotnisko w Pile. Akurat wypędzałem krowy. A to była chyba niedziela, czy święto jakieś, i akurat wypędzałem krowy, a samoloty leciały w kierunku Piły. Jechały tych samolotów, bombowców, chyba dwie eskadry, ze 20, i wtedy tak nad nimi te myśliwskie, które je osłaniały. I za godzinę-półtora leciały z powrotem, i to w dzień, koło godziny trzeciej, wpół do czwartej po obiedzie. Pamiętam, że jeszcze akurat ten leśniczy, na którego gospodarstwie byłem, był na urlopie. Przyniósł lornetki, i my to oglądali. A oni normalnie, wcale niewysoko jechali. I potem w obozie – ci Amerykanie nie potrzebowali pracować, widziałem stale, że na kocach w słońcu się opalali.  Francuzi częściowo chyba pracowali. Ruscy musieli pracować jak konie, tak musieli pracować. Ciągali tam takie wózki, takie ciężkie, co kiedyś to koń ciągnął, to oni tam ciągnęli w kilku. Na zakładzie musieli wszystko robić. Wiem to, bo pracował tam w magazynie mój wuja z Drawska, w tej mączkarni, to ja tam nieraz byłem u niego, szedłem zanieść mu jeść. A Amerykanie jak przyszli do Drawska, to ubrani elegancko, i chodzili sobie po wiosce, a strażnik taki za nimi, taki starszy, bo starsi to byli więcej na miejscu, a ci młodzi, to więcej we wojsku. I oni gdzie chcieli, tam szli, a on za nimi. Do restauracji weszli, sobie wszystko na stół powykładali, czekolady, cukierki , papierosy, jeszcze częstowali ludzi, Polaków. Tylko Polak to się bał do restauracji iść, bo zaraz policja przyjechała.

Zofia Zurman

Do Krzyża my chodzili w czasie wojny. Rodzice musieli mieć przepustkę, a my to tak chodzili sobie tam czy po naftę, czy po coś innego. Mój ojciec był krawcem, to taki miałam sklepik upatrzony w Krzyżu, gdzie były takie jedwabie, chusteczki, takie coś, to żem zawsze szła i żem mówiła: – Pani taka dobra, czy by mi pani nie dała nici, bo mój ojciec jest krawcem, i by potrzebował do szycia. Zawsze mi dała ta Niemka! To mi dała białą, to czarną mi dała… I mój ojciec później też tu robił w Krzyżu. Przed pocztą taki domek jest, tam w środku, gdzie ten nowy wybudowany, to tam taki mieszkał Hödke, i on ojca zatrudnił, i tata robił. Bo choćby chciał szyć, to nici, wszystko było na kartkę, nic nie mógł dostać, więc w czasie okupacji robił tu w Krzyżu. Płacili mu za to, nawet bardzo dobrzy ludzie byli. Ja nieraz tu przyszłam do taty, to ta pani herbatę zrobiła, jakieś ciastko czy jakąś drożdżówkę dała, bo oni więcej mogli, mieli, a u nas to nie.

Alfons Wyrwa

Tutaj w Krzyżu tam, gdzie jest teraz meblarnia, to była krochmalnia. I wtedy Niemcy mieli tutaj niewolników, bo Niemców byli tylko na takich kierowniczych stanowiskach gdzieś, do rządzenia. A tak to wszędzie obcokrajowcy, i oni musieli pracować. A Niemcy wszyscy poszli na front tam rosyjski, albo jeszcze gdzie indziej, bo przecież oni wojnę prowadzili dookoła wszędzie, gdzie tylko się dało. To tutaj byli Włosi, ale Włosi nie robili nic, tylko śpiewali. Było słychać, jak śpiewają. Buntowali się, bo oni tam niby tak ze sobą sprzyjali z Niemcami w czasie wojny. Ale to jacyś tacy niepokorni, to siedzieli tu we więzieniu. I Rosjanie siedzieli. Rosjanie to siedzieli tutaj, gdzie teraz się na tartak jedzie, tam jest ten dom, to były stajnie dla koni, ale oni potrzebowali dla nich, to przerobili te stajnie na taki obóz. Było ogrodzone siatką, i ja to pamiętam, bo jak myśmy tu chodzili po jakieś zeszyty do Krzyża do sklepu w czasie wojny, żeby sobie kupić, to tam stał wachman z karabinem, i pilnował. Budka była taka, i pilnował ich tam. Ale tak to oni nie uciekali i tak. W niedzielę ich tam na spacer poprowadzili, i tyle.